Braun na prezydenta!
Rzeszów, luty 2021 roku. Po ponad osiemnastu latach rządów prezydent miasta Tadeusz Ferenc ogłasza rezygnację. Powołuje się na stan zdrowia - w ostatnich tygodniach, po zakażeniu koronawirusem, dwukrotnie trafiał do szpitala. Na tej samej konferencji wskazuje swojego następcę. Stolica Podkarpacia, rządzona przez lata stabilnie i bez większych politycznych emocji, nagle staje się areną ogólnopolskiej rozgrywki. Kilka tygodni później start w przedterminowych wyborach ogłasza Grzegorz Braun.
Konfederacja stawia na jednego kandydata
W inauguracji kampanii Brauna uczestniczyli politycy Konfederacji, m.in. Konrad Berkowicz, Jakub Kulesza i Krzysztof Bosak. Ugrupowanie wolnościowców i narodowców od początku stanęło murem za swoim kandydatem. Sam Braun podkreślał, że mając do wyboru mandat poselski w parlamencie, który określał jako fasadowy, oraz zaufanie mieszkańców Rzeszowa i urząd w ratuszu, bez wahania wybiera to drugie.
Wsparcie zapowiadali także inni przedstawiciele Konfederacji. Artur Dziambor skwitował ogłoszenie startu krótkim, marynarskim wezwaniem do mobilizacji wszystkich sił. W chwili, gdy inne ugrupowania dopiero szukały kandydatów i zawierały porozumienia, Konfederacja jako pierwsza jednoznacznie wskazała swojego lidera w tej kampanii.
Od PZPR do Solidarnej Polski
Sytuacja w Rzeszowie była o tyle ciekawa, że pokazywała płynność polskich podziałów politycznych. Tadeusz Ferenc od połowy lat 60. należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W III RP pozostał związany z lewicą - był członkiem Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, a potem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z którego wystąpił w 2019 roku. Mimo to jako swojego następcę wskazał Marcina Warchoła, posła wybranego z list Prawa i Sprawiedliwości i działacza Solidarnej Polski, który na potrzeby kampanii zapowiedział start jako kandydat bezpartyjny.
Taki sojusz byłego polityka lewicy z przedstawicielem obozu rządzącego wywołał sporo komentarzy. Swoich kandydatów szukały też inne ugrupowania, a pierwsze tygodnie kampanii pokazały, jak podzielony jest zarówno obóz władzy, jak i opozycja. W takim układzie kandydat, który nie wchodzi w kompromisy i od początku mówi to samo, miał szansę wyróżnić się konsekwencją. Wyborcy zmęczeni partyjnymi układankami często doceniają polityka, który mówi wprost, czego chce, nawet jeśli nie zgadzają się z nim we wszystkim. Tym bardziej że w wyborach samorządowych liczy się nie tylko szyld, ale też wiarygodność samego kandydata i jego stosunek do codziennych spraw miasta.
Dlaczego wybory samorządowe mają znaczenie
Wybory na prezydenta jednego miasta mogą wydawać się sprawą lokalną. Z wolnościowego punktu widzenia to jednak ważne pole. To samorząd ustala w granicach ustawowych stawki podatku od nieruchomości, opłaty lokalne czy ceny biletów komunikacji miejskiej. To on decyduje, ile miejskich pieniędzy wyda na inwestycje, a ile na utrzymanie urzędników, i jak łatwo przedsiębiorca załatwi pozwolenie czy decyzję administracyjną.
Za tym stoi prosta zasada, którą wolnościowcy nazywają pomocniczością: decyzje powinny zapadać jak najbliżej ludzi, których dotyczą. Mieszkaniec łatwiej rozliczy burmistrza, którego mija na ulicy, niż ministra w Warszawie czy urzędnika w Brukseli. Dlatego dobrze zarządzane miasto może być najlepszą wizytówką idei - widać w nim od razu, czy obietnice przekładają się na niższe opłaty, krótsze kolejki w urzędzie i mniej przepisów utrudniających życie.
Wolnorynkowy prezydent miasta mógłby pokazać w praktyce, co oznaczają hasła o taniej i sprawnej administracji: przejrzysty budżet, ograniczenie zbędnych wydatków, szybsze procedury dla firm, sprzedaż zbędnego majątku zamiast jego kosztownego utrzymywania. Sukces w dużym mieście byłby też dla całego ruchu wolnościowego i narodowego argumentem, że jego postulaty nie są tylko teorią, ale mogą działać w realnym zarządzaniu.
Z tego powodu w chwili ogłoszenia kandydatury wielu sympatyków Konfederacji w całym kraju patrzyło na Rzeszów z nadzieją. Liczyli, że fala wolności może zacząć się właśnie tam - od jednego ratusza, a nie od razu od Sejmu. Kampania była też okazją, by postulaty wolnościowe dotarły do wyborców, którzy na co dzień nie śledzą debat w Sejmie, ale doskonale wiedzą, ile płacą za wywóz śmieci, parkowanie czy wodę.
Dopisek z perspektywy czasu
Wybory w Rzeszowie odbyły się 13 czerwca 2021 roku. Zgodnie z oficjalnymi wynikami wygrał je już w pierwszej turze Konrad Fijołek, popierany przez szeroką koalicję opozycji, z wynikiem 56,51 proc. głosów. Ewa Leniart, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości, zdobyła 23,62 proc., Marcin Warchoł 10,72 proc., a Grzegorz Braun 9,15 proc.
Dla kandydata spoza wielkich bloków, startującego bez wsparcia największych mediów, blisko 10 proc. poparcia w dużym mieście nie było wynikiem marginalnym. Wynik pokazał jednak, że w starciu dwóch głównych obozów politycznych trzecia siła musi mieć bardzo mocne lokalne zaplecze, by powalczyć o zwycięstwo.
Podsumowując: kampania w Rzeszowie była testem dla Konfederacji i dla idei, że wolnościowe postulaty można przenieść na grunt samorządu. Test nie skończył się zwycięstwem, ale przypomniał, że wybory lokalne są równie ważne jak ogólnopolskie - to w ratuszach na co dzień decyduje się, ile swobody i ile pieniędzy zostaje w kieszeniach mieszkańców.