Libertarianie trzecią siłą polityczną w USA!
Noc wyborcza w Stanach Zjednoczonych, listopad 2020 roku. Stacje telewizyjne pokazują na przemian dwa kolory - czerwony republikanów i niebieski demokratów. Liczenie głosów w kluczowych stanach ciągnie się przez kilka dni, a cały świat śledzi pojedynek Donalda Trumpa z Joe Bidenem. W cieniu tej walki dzieje się jednak coś, co z perspektywy wolnościowców jest równie ciekawe: trzecie miejsce po raz kolejny zajmuje kandydatka Partii Libertariańskiej, Jo Jorgensen.
Wynik, który coś znaczy
W pierwszych dniach po wyborach, gdy liczenie głosów jeszcze trwało, Jorgensen miała na koncie ponad 1,6 mln głosów. Ostateczny wynik był lepszy: według oficjalnych danych zagłosowało na nią około 1,87 mln Amerykanów, czyli 1,18 proc. wyborców. To drugi najlepszy rezultat w historii libertariańskich kandydatów na prezydenta. Lepszy był tylko Gary Johnson w 2016 roku, który zdobył blisko 4,5 mln głosów, czyli około 3,3 proc.
Od 2012 roku kandydat libertarian regularnie zajmuje trzecie miejsce w wyścigu o Biały Dom. W systemie, w którym dwie wielkie partie kontrolują niemal wszystko - od debat telewizyjnych po zasady rejestracji kandydatów w poszczególnych stanach - to osiągnięcie wcale nie jest oczywiste. W wielu stanach libertarianie muszą co cztery lata zbierać podpisy, by w ogóle znaleźć się na kartach wyborczych, podczas gdy republikanie i demokraci mają to zagwarantowane.
Skąd się wzięli libertarianie
Partia Libertariańska została założona w grudniu 1971 roku w Kolorado. Jednym z jej założycieli był David Nolan, autor słynnego diagramu, który zamiast prostego podziału na lewicę i prawicę pokazuje dwie osie: wolność gospodarczą i wolność osobistą. Libertarianie chcą maksimum obu - niskich podatków i swobody przedsiębiorczości, ale też jak najmniejszej ingerencji państwa w prywatne życie obywateli.
Już rok po założeniu partia trafiła do historii. W 1972 roku jeden z elektorów, Roger MacBride, zamiast na kandydata swojej partii oddał głos na libertariański duet John Hospers i Tonie Nathan. Nathan została w ten sposób pierwszą kobietą w historii USA, która otrzymała głos elektorski. W wyborach powszechnych ten sam duet zdobył wtedy zaledwie kilka tysięcy głosów - dla porównania z wynikiem z 2020 roku to przepaść. Z partią był też związany Ron Paul, późniejsza ikona ruchu wolnościowego. W 1988 roku startował z jej ramienia na prezydenta i zdobył 0,47 proc. głosów.
Kim jest Jo Jorgensen
Jo Jorgensen w czasie kampanii wykładała psychologię na Uniwersytecie Clemson w Karolinie Południowej. Z partią była związana od dekad - w 1996 roku kandydowała na wiceprezydenta u boku Harry'ego Browne'a. W kampanii 2020 roku mocno krytykowała reakcję władz na pandemię COVID-19. Ograniczenia swobód obywatelskich, zamykanie firm i przymus noszenia maseczek przedstawiała jako jeden z najpoważniejszych zamachów na wolność za życia jej pokolenia.
Poza tym jej program był klasycznie libertariański: mniejsze wydatki federalne, niższe podatki, koniec wojen prowadzonych przez USA za granicą, reforma systemu karnego i zakończenie „wojny z narkotykami”. To zestaw postulatów, który trudno znaleźć w programie którejkolwiek z dwóch głównych partii.
Czy fala wolności zaleje Amerykę?
Wynik Jorgensen daje Amerykanom jasny sygnał: istnieje trzecia droga wobec dominacji republikanów i demokratów. Programy dwóch głównych partii często się rozmywają, a spory między nimi dotyczą bardziej stylu niż kierunku - obie partie, gdy tylko mają władzę, zwiększają wydatki i dług publiczny. Alternatywą jest ugrupowanie, które odwołuje się do wartości, na których zbudowano potęgę Stanów Zjednoczonych: wolności, własności i odpowiedzialności za siebie.
Symbolem tych wartości od czasów rewolucji amerykańskiej jest żółta flaga z grzechotnikiem i napisem „Don't tread on me”, znana jako flaga Gadsdena. Chętnie sięgają po nią dziś libertarianie w USA i na całym świecie - także w formie koszulki z wężem Gadsdena.
Oczywiście trzeba zachować realizm. Amerykański system wyborczy, w którym zwycięzca bierze wszystkie głosy elektorskie w danym stanie, bardzo utrudnia życie trzecim partiom. Libertarianie nie wygrają prezydentury w ciągu jednej kampanii. Mogą jednak przesuwać debatę, zmuszać większych graczy do odniesienia się do swoich postulatów i budować zaplecze w wyborach lokalnych i stanowych.
Lekcja dla Polski
Czasy niepewności sprzyjają poszukiwaniu alternatyw. Ludzie chcą jasnej diagnozy i prostych, konsekwentnych rozwiązań, a nie kolejnych obietnic finansowanych z długu. To dotyczy nie tylko Ameryki. Amerykańskie doświadczenie pokazuje, że cierpliwa, wieloletnia praca i trzymanie się zasad procentują bardziej niż doraźne sojusze. Również w Polsce środowiska wolnościowe - skupione wokół takich postaci jak Janusz Korwin-Mikke, Konrad Berkowicz, Artur Dziambor, Sławomir Mentzen czy Grzegorz Braun - mogą wykorzystać ten moment, by przedstawić społeczeństwu atrakcyjną, spójną ofertę.
Podsumowując: libertarianie w USA nie są jeszcze siłą, która zmieni układ sił w Waszyngtonie. Są jednak trwałą, rozpoznawalną trzecią drogą, która konsekwentnie przypomina, że państwo ma służyć obywatelom, a nie odwrotnie.