Wolnorynkowy.pl

Lockdown #2.0

Właściciel małej restauracji w centrum miasta w październiku 2020 roku zamawia towar na kolejne tygodnie. Dopiero co zatrudnił kucharza, spłaca leasing na nowy piec, liczy na to, że jesień pozwoli odrobić straty po wiosennym zamknięciu. Kilka dni później słyszy w telewizji, że od soboty może sprzedawać wyłącznie na wynos. Towar się psuje, kucharz dostaje wypowiedzenie, a rachunki przychodzą jak dawniej. Takich historii w Polsce były wtedy tysiące.

Zapowiedź, która przetrwała kilka dni

W pierwszej połowie października 2020 roku premier Mateusz Morawiecki przekonywał, że ponowne zamknięcie gospodarki odbyłoby się ze szkodą dla setek tysięcy miejsc pracy, życia ludzi i możliwości finansowych państwa. Brzmiało to rozsądnie i dawało przedsiębiorcom nadzieję, że wiosenny scenariusz się nie powtórzy.

Kilka dni później rząd… zamknął gospodarkę. Od 24 października cała Polska została objęta czerwoną strefą. Restauracje i bary mogły prowadzić tylko sprzedaż na wynos i z dostawą, siłownie i baseny pozostały zamknięte, a uczniowie klas 4-8 szkół podstawowych przeszli na naukę zdalną. Zgromadzenia ograniczono do pięciu osób, a osoby po 70. roku życia mogły wychodzić z domu tylko w określonych celach, m.in. do pracy i po niezbędne zakupy. Dzieci do 16. roku życia w godzinach lekcyjnych mogły poruszać się po ulicach wyłącznie pod opieką dorosłego. W kolejnych tygodniach na liście zamkniętych branż pojawiały się następne.

To, co najbardziej uderzało, to nie tylko same zakazy, ale tempo ich wprowadzania. Przedsiębiorcy dowiadywali się o nowych zasadach z konferencji prasowych, często na dzień lub dwa przed ich wejściem w życie. Rozporządzenia publikowano w ostatniej chwili. W takich warunkach nie da się niczego zaplanować - ani zamówień, ani zatrudnienia, ani inwestycji.

Dlaczego zamykanie gospodarki to benzyna do pożaru

Rząd chciał za wszelką cenę pokazać, że „coś robi”. Problem w tym, że koszty takich decyzji nie znikają - są tylko przerzucane na tych, którzy nie mają nic do powiedzenia. Zamknięta restauracja nie płaci podatków, jej pracownicy tracą dochody, dostawcy tracą klientów, a właściciel lokalu - najemcę. Każde zamknięcie uruchamia łańcuch strat, który ciągnie się przez całą gospodarkę.

Państwowe rekompensaty nie rozwiązują problemu. Po pierwsze, przychodzą z opóźnieniem i w wysokości, która rzadko pokrywa realne straty. Po drugie, są finansowane z podatków i długu - czyli ostatecznie przez tych samych obywateli, w tym przez przedsiębiorców, którym najpierw zakazano pracy. Po trzecie, uzależniają firmy od łaski urzędników, którzy decydują, kto dostanie pomoc, a kto nie, na podstawie kodów działalności i tabelek.

Warto też pamiętać o kosztach, których nie widać w statystykach. Ludzie, którzy tracą pracę i oszczędności życia, płacą za to zdrowiem - psychicznym i fizycznym. Odkładane wizyty lekarskie, stres, samotność seniorów zamkniętych w domach - to również skutki decyzji, które miały chronić zdrowie.

Głosy wolnościowców

Politycy Konfederacji od początku krytykowali kolejne zamknięcia. Sławomir Mentzen zachęcał do korzystania z usług małych firm, takich jak zakłady fryzjerskie, dopóki jeszcze mogą legalnie pracować. Przestrzegał, że przy takiej polityce rządu wkrótce część z nich może zostać zmuszona do działania w szarej strefie.

Konrad Berkowicz podsumowywał, że administracja z dnia na dzień uderza w gospodarkę i że ucierpią na tym zarówno pracodawcy, jak i pracownicy. Trudno się z tym nie zgodzić: pracownik zamkniętej restauracji nie jest beneficjentem lockdownu, tylko jego ofiarą. Podobnie jak kelnerka, kucharz, dostawca warzyw czy właściciel hurtowni napojów, którzy z dnia na dzień zostali bez zajęcia, choć nikt nie zapytał ich o zdanie.

Czego uczy lockdown 2.0

Najważniejsza lekcja z jesieni 2020 roku dotyczy przewidywalności. Gospodarka rynkowa może poradzić sobie z bardzo trudnymi warunkami, jeśli zasady są jasne i stabilne. Przedsiębiorcy potrafią dostosować się do zagrożenia - wprowadzić zabezpieczenia, ograniczyć liczbę klientów, przenieść część sprzedaży do internetu. Nie poradzą sobie jednak z władzą, która w poniedziałek mówi jedno, a w piątek robi coś zupełnie przeciwnego.

Druga lekcja dotyczy odpowiedzialności. Ludzie są w stanie sami ocenić ryzyko i podjąć decyzję - czy pójść do restauracji, czy zostać w domu, czy chronić starszych członków rodziny. Państwo, które odbiera im tę możliwość, bierze na siebie ogromną odpowiedzialność za skutki. Tymczasem koszt tych decyzji ponoszą zawsze obywatele, a nie urzędnicy, którzy je podejmują.

Wielu Polaków jesienią 2020 roku chciało po prostu jednego: powrotu do normalnego życia. To pragnienie dobrze oddaje kubek z hasłem „Przywróćmy normalność”.

Podsumowując: ile firm musi jeszcze upaść i ilu ludzi stracić pracę, by politycy zrozumieli, że gospodarka to nie wyłącznik, który można dowolnie włączać i wyłączać? Każde takie „wyłączenie” zostawia po sobie zgliszcza, których nie odbuduje żadna rządowa tarcza.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco i zgarnij -10% na pierwsze zakupy*

*Kod -10% ważny 30 dni, jednorazowy, na produkty nieprzecenione, przy zamówieniu od 100 zł.