Narodowa kompromitacja rządu
Wyobraźmy sobie rodzinę z Krakowa, która od miesięcy planowała kilka dni na nartach między świętami a Nowym Rokiem. Kwatera zarezerwowana, zaliczka wpłacona, dzieci odliczają dni do wyjazdu. I nagle, tydzień przed świętami, słyszą w telewizji, że od 28 grudnia hotele i stoki zostaną zamknięte, a w sylwestrową noc obowiązywać będzie zakaz przemieszczania się. Pensjonat w górach zostaje z pustymi pokojami, a właściciel wyciągu - z kredytem na nowe krzesełka. Tak wyglądała w praktyce „narodowa kwarantanna”.
Obietnica z listopada
21 listopada 2020 roku premier Mateusz Morawiecki przedstawił plan nazwany „100 dni solidarności w walce z COVID-19”. Zakładał on, że jeśli sytuacja epidemiczna się poprawi, od 28 grudnia ograniczenia będą stopniowo luzowane, m.in. przez powrót do podziału kraju na strefy zieloną, żółtą i czerwoną. Tzw. narodowa kwarantanna miała być ostatecznością, stosowaną dopiero przy wyraźnym wzroście zakażeń.
Po ogłoszeniu planu liczba nowych przypadków rzeczywiście spadała. W pierwszej połowie listopada padały rekordy - nawet ponad 27 tysięcy nowych zakażeń dziennie, a szpitale w wielu regionach były przepełnione. W grudniu dzienne liczby były już wyraźnie niższe. Wydawało się, że zgodnie z zapowiedzią przyjdzie czas na stopniowe otwieranie gospodarki.
Stało się odwrotnie. Choć zakażeń było wyraźnie mniej niż w listopadzie, rząd ogłosił drakońskie ograniczenia pod nazwą „narodowej kwarantanny”. Od 28 grudnia do 17 stycznia zamknięto hotele, stoki narciarskie i galerie handlowe (poza m.in. sklepami spożywczymi, drogeriami i aptekami), a na noc sylwestrową wprowadzono ograniczenie przemieszczania się. W praktyce był to kolejny lockdown gospodarki i życia prywatnego obywateli.
Głupota czy ukrywanie danych?
Administracja działała bez spójnego planu i wprost łamała własne obietnice sprzed kilku tygodni. Wniosek nasuwa się jeden z dwóch: albo decyzje podejmowano chaotycznie, bez zrozumienia skutków, albo władze dysponowały innymi danymi niż oficjalne i nie chciały ich ujawnić. Żadna z tych wersji nie świadczy dobrze o rządzie.
Wątpliwości budziła też podstawa prawna. Wiele ograniczeń wolności gospodarczej i swobody przemieszczania się wprowadzano rozporządzeniami, bez ogłoszenia stanu nadzwyczajnego. Prawnicy zwracali uwagę, że konstytucja pozwala na tak daleko idące ograniczenia praw obywateli tylko w ściśle określonych warunkach. Szczególne wątpliwości budziło ograniczenie przemieszczania się w noc sylwestrową, które wielu komentatorów nazywało po prostu godziną policyjną.
Trudno też nie zauważyć niekonsekwencji samych przepisów. Zamykano galerie handlowe, ale w tych samych dniach tłumy robiły zakupy w dużych sklepach spożywczych. Zamykano hotele, ale nie dało się zabronić wyjazdów do prywatnych domków i mieszkań na wynajem. Ograniczenia uderzały przede wszystkim w tych, którzy prowadzą legalną działalność i płacą podatki, a nie w samo zagrożenie.
Zamknięcie hoteli, stoków i galerii handlowych w szczycie sezonu to ogromny cios dla tysięcy firm. Branża turystyczna w górach zarabia w kilka zimowych tygodni na cały rok. Galerie handlowe i najemcy sklepów liczą na poświąteczne wyprzedaże, które często decydują o wyniku całego roku. Wszystko to przepadło z dnia na dzień, na podstawie decyzji ogłoszonej kilka dni przed jej wejściem w życie.
Opozycja, która kluczy
Znaczna część opozycji jak zwykle kluczyła. Nawet jeśli krytykowała rząd za formę wprowadzenia ograniczeń, to zasadniczo popierała konieczność ich stosowania. Sławomir Mentzen zauważał, że wielu Polaków jest przekonanych, iż Lewica czy Platforma na miejscu PiS robiłyby to samo - z tą różnicą, że kwarantanna nazywałaby się nie „narodowa”, tylko „europejska”.
Tylko Konfederacja otwarcie i jednoznacznie krytykowała działania premiera i podległych mu ministrów. Grzegorz Braun porównywał lockdown do stanu wojennego i formułował wobec szefa rządu najcięższe oskarżenia, obarczając go odpowiedzialnością za skutki zdrowotne zamykania kraju. Artur Dziambor wytykał rządzącym brak kompetencji i nieprzewidywalność, przez którą nikt nie jest w stanie planować nawet na kilka tygodni do przodu.
Czego potrzebujemy zamiast kwarantanny
Lekcja z grudnia 2020 roku jest prosta: władza, która nie dotrzymuje własnych zapowiedzi, traci zaufanie obywateli, a bez zaufania żadne zalecenia nie działają. Ludzie, którzy raz zostali oszukani, przy następnej okazji po prostu przestają słuchać, nawet gdy zagrożenie jest realne. To największy koszt chaotycznej polityki - większy nawet niż straty finansowe.
Wolnościowa alternatywa opiera się na jasnych, stabilnych zasadach, ochronie najbardziej narażonych i zaufaniu do odpowiedzialności obywateli. Przedsiębiorca, który zna reguły, potrafi się do nich dostosować. Przedsiębiorca, który co tydzień dowiaduje się z konferencji prasowej, czy wolno mu pracować, prędzej czy później zamyka firmę. O tym, że wolność nie jest przywilejem nadawanym przez rząd, przypomina koszulka Liberty.
Podsumowując: zamiast „fali solidarności” dostaliśmy falę chaosu. Potrzebujemy fali wolności - i warto o tym pamiętać, gdy następnym razem przyjdzie pora pójść do urn.