PiSiaryzacja mediów
Poranek w małym miasteczku. Emeryt kupuje w kiosku regionalny dziennik, jak robi to od trzydziestu lat. Czyta o remoncie ulicy, o wynikach lokalnego klubu, o nowym radnym. Nie zastanawia się, kto jest właścicielem gazety - dla niego to po prostu „jego” dziennik. W grudniu 2020 roku ten właściciel się zmienił. Gazetę, którą czyta, kupiła paliwowa spółka kontrolowana przez państwo.
Orlen kupuje prasę
7 grudnia 2020 roku PKN Orlen ogłosił przejęcie wydawnictwa Polska Press od niemieckiej grupy Verlagsgruppe Passau. Wraz z nim koncern paliwowy przejmował 20 z 24 regionalnych dzienników wydawanych w Polsce, blisko 120 tygodników lokalnych i ponad 500 serwisów internetowych. Według badań Mediapanel serwisy Polska Press odwiedzało miesięcznie około 17,4 mln użytkowników. Orlen zyskiwał tym samym dostęp także do danych tych użytkowników.
Na ten ostatni aspekt zwracała uwagę m.in. Fundacja Panoptykon. Profile milionów czytelników - informacje o tym, co czytają, czym się interesują i skąd pochodzą - trafiały w ręce spółki zależnej od rządu. W czasach, gdy dane są jednym z najcenniejszych zasobów, to nie jest drobny szczegół. Wiedza o tym, czym interesują się mieszkańcy poszczególnych regionów, może być bardzo przydatna w każdej kampanii politycznej.
Rządowi propagandyści ogłosili sukces „repolonizacji mediów”. Trudno jednak nazwać to inaczej niż upolitycznieniem. Spółka kontrolowana przez Skarb Państwa, a więc w praktyce przez rządzącą partię, staje się właścicielem największej sieci lokalnych mediów w kraju.
Niemiecki właściciel czy polski rząd?
Zwolennicy transakcji przekonywali, że niepożądana jest sytuacja, w której media działające w Polsce należą do zagranicznych, w tym przypadku niemieckich koncernów. Ten argument trafnie punktował Janusz Korwin-Mikke. Zwracał uwagę, że państwowy Orlen, silnie zależny od polskiego rządu, kupił lokalną prasę od prywatnej firmy z Pasawy, na którą rząd w Berlinie nie miał bezpośredniego wpływu. I dodawał z przekąsem, że rząd Niemiec jest znacznie mniej zainteresowany nakładaniem na niego podatków niż rząd polski.
W tym spostrzeżeniu jest sedno sprawy. Dla czytelnika ważne jest nie to, jaki paszport ma właściciel gazety, ale to, czy gazeta jest niezależna od władzy, która nim rządzi. Prywatny zagraniczny wydawca może mieć swoje interesy i swoje poglądy, ale nie ma w ręku policji, prokuratury ani urzędu skarbowego. Władza państwowa, która kupuje media, ma to wszystko naraz.
Etaty, synekury i propaganda
Artur Dziambor nie miał wątpliwości, że w najbliższym czasie partyjne zaplecze w regionach otrzyma wiele intratnych stanowisk, a setki tytułów prasowych i serwisów staną się kolejną tubą propagandową obecnej władzy. Historia polskich spółek Skarbu Państwa niestety uzasadnia takie obawy. Po każdej zmianie rządu następuje wymiana zarządów, rad nadzorczych i często także niższych szczebli - według klucza politycznego, a nie kompetencji.
Opozycja co prawda grzmiała, ale jej oburzenie trudno uznać za wiarygodne. Gdy sama rządziła, mogła sprywatyzować Orlen - wtedy dziś nie byłoby żadnego problemu. Nie zrobiła tego, bo kontrola nad państwowymi spółkami jest dla każdej władzy zbyt kusząca. Upaństwowienie mediów to początek błędnego koła. Gdy Prawo i Sprawiedliwość straci władzę, następcy bez skrupułów wymienią kadry na własne i będą korzystać z tych samych narzędzi. Każda kolejna ekipa będzie hodować swoich zależnych od władzy dziennikarzy.
Za to wszystko płaci podatnik
Warto zadać też pytanie ekonomiczne. Orlen to firma paliwowa. Jej zadaniem jest produkcja i sprzedaż paliw, a nie wydawanie gazet. Rynek prasy papierowej od lat się kurczy, a przychody z reklamy przenoszą się do internetu, gdzie dominują globalne platformy. Kupowanie wydawnictwa w takich warunkach to raczej inwestycja polityczna niż biznesowa. Trudno sobie wyobrazić, by prywatny koncern paliwowy, odpowiadający przed własnymi akcjonariuszami, wydał pieniądze na taki zakup.
A przecież to twoje pieniądze, drogi czytelniku! Jeśli inwestycja się nie zwróci, zapłacą za nią akcjonariusze Orlenu - w tym Skarb Państwa, czyli wszyscy podatnicy - oraz klienci stacji benzynowych w cenach paliw. Za utrzymywanie lokalnych tub propagandowych zapłacą więc także ci, którzy nigdy nie przeczytają ani jednego artykułu z tych gazet.
Wolnościowa odpowiedź jest prosta: państwo nie powinno być właścicielem ani mediów, ani koncernów paliwowych. Tylko prywatny, konkurencyjny rynek medialny może zapewnić różnorodność opinii i niezależność od władzy. Czytelnik sam zdecyduje, którą gazetę kupić, a wydawcy będą musieli zabiegać o jego zaufanie, a nie o łaskę ministra. Wolność słowa zaczyna się od wolności rynku - o czym przypomina choćby kubek Liberty.
Podsumowując: przejęcie Polska Press przez Orlen to nie „repolonizacja”, tylko upaństwowienie i upolitycznienie lokalnych mediów. Powstrzymać podobne kroki może tylko fala wolności, która zamiast zmieniać właścicieli państwowych spółek, po prostu wyprowadzi państwo z rynku mediów.