Podatkowa inwazja rządu
Grudzień 2020 roku. Przeciętna polska rodzina przegląda rachunki i próbuje zaplanować budżet na kolejny rok. Jedno z rodziców pracuje w firmie działającej jako spółka komandytowa, drugie dorabia za granicą. W domu jest pies, a w lodówce czasem stoi butelka coli. Wydawałoby się, że nic szczególnego. A jednak niemal każdy z tych elementów zwykłego życia od 1 stycznia 2021 roku zostanie obciążony nową daniną albo wyższym podatkiem.
Ratunek za nasze pieniądze
Rząd premiera Mateusza Morawieckiego zapowiedział szereg nowych opłat, danin i podatków, które miały zasilić budżet nadwyrężony pandemią COVID-19. Paradoks polega na tym, że pieniądze na „ratowanie” obywateli przed skutkami pandemii państwo zamierzało pobrać od tych samych obywateli, którzy już ponosili koszty lockdownów.
Pierwsza z nowości to opłata mocowa, doliczana od 2021 roku do rachunków za prąd. Według przytaczanych wówczas szacunków gospodarstwa domowe i firmy miały płacić za prąd o ok. 7-10 proc. więcej niż dotychczas. Oficjalnie opłata ma finansować utrzymanie rezerwowych mocy wytwórczych, w praktyce w dużej mierze starych elektrowni węglowych.
Druga to opłata cukrowa nałożona na napoje z dodatkiem cukrów i substancji słodzących. Może wynieść do 1,20 zł od litra napoju, co według szacunków może podnieść ceny popularnych napojów nawet o kilkadziesiąt procent. Za butelkę coli czy soku z dodatkiem cukru zapłacą wszyscy, niezależnie od dochodów - a proporcjonalnie najbardziej odczują to najubożsi.
Kto zamierzał zapić smutki związane z kolejnymi pomysłami rządu, też miał niemiłą niespodziankę. Od 2021 roku obowiązuje opłata od „małpek”, czyli alkoholu sprzedawanego w butelkach do 300 ml - 25 zł od litra czystego alkoholu. Przy małej butelce wódki o pojemności 200 ml oznacza to ok. 2 zł więcej.
Handel, spółki i praca za granicą
Od 1 stycznia 2021 roku zaczął też obowiązywać podatek od sprzedaży detalicznej, który przez lata był zawieszony z powodu sporu z Komisją Europejską. Drogę do niego otworzył wyrok Sądu UE z maja 2019 roku, który unieważnił decyzję Komisji Europejskiej uznającą podatek za niedozwoloną pomoc publiczną. Komisja się odwołała, a Trybunał Sprawiedliwości UE ostatecznie potwierdził, że podatek jest zgodny z prawem unijnym, w marcu 2021 roku - już po jego wejściu w życie. Choć formalnie płacą go największe sieci handlowe, ostatecznie jego koszt przenosi się na ceny w sklepach. Klient przy kasie nie widzi go na paragonie, ale płaci go przy każdych zakupach.
Na celowniku znalazły się nie tylko wielkie korporacje. Mniejsze firmy działające jako spółki komandytowe zostały objęte podatkiem CIT, co w praktyce oznacza podwójne opodatkowanie zysków - najpierw na poziomie spółki, potem u wspólników.
Ci, którzy chcieli uciec przed fiskusem za granicę, również dostali złą wiadomość. Rząd mocno ograniczył ulgę abolicyjną, która chroniła przed podwójnym opodatkowaniem Polaków pracujących w niektórych innych państwach. Do tego doszły coroczne podwyżki maksymalnych stawek lokalnych opłat i podatków, takich jak opłata od posiadania psów czy podatek od nieruchomości.
Obietnice z kampanii
Warto przypomnieć, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w kampanii prezydenckiej, premier Morawiecki przekonywał, że prezydent Andrzej Duda jest gwarantem zrównoważonego rozwoju gospodarczego i obniżek podatków. Rzeczywistość po wyborach wyglądała zupełnie inaczej. Mnożenie nowych danin nazywanych „opłatami” i „składkami” zamiast podatkami nie zmienia faktu, że każda z nich zabiera pieniądze z kieszeni obywateli.
Konrad Berkowicz określił dzień, w którym Sejm przyjął ograniczenie ulgi abolicyjnej i opodatkowanie spółek komandytowych, czarnym dniem dla wszystkich Polaków. Trudno się z tym nie zgodzić. Uderzenie w spółki komandytowe dotyka często firm rodzinnych, które wybrały tę formę właśnie po to, by uniknąć podwójnego opodatkowania i móc reinwestować zyski.
Dlaczego nowe podatki nie pomagają
Z punktu widzenia wolnorynkowego każdy nowy podatek w czasie kryzysu to strzał w stopę. Firmy, które walczą o przetrwanie, zamiast inwestować i zatrudniać, muszą oddawać więcej państwu. Konsumenci, którzy i tak ograniczają wydatki, mają jeszcze mniej pieniędzy na zakupy. W efekcie gospodarka odbija się wolniej, a wpływy budżetowe rosną mniej, niż zakładali urzędnicy.
Alternatywa jest znana od dawna: ograniczyć wydatki państwa, uprościć system podatkowy i zostawić ludziom więcej ich własnych pieniędzy. To oni najlepiej wiedzą, jak je wydać, zainwestować lub zaoszczędzić. Kto ma dość tej podatkowej karuzeli, zrozumie hasło z koszulki „Piekło podatnika”.
Podsumowując: przełom 2020 i 2021 roku przyniósł prawdziwą podatkową inwazję - opłatę mocową, cukrową, od „małpek”, podatek handlowy, CIT dla spółek komandytowych i ograniczenie ulgi abolicyjnej. Konfederacja, skupiająca wolnościowców i narodowców, jako jedyna w Sejmie jednoznacznie sprzeciwiała się tym fiskalnym pomysłom.