Wolnorynkowy.pl

Rząd rżnie głupa!

Bruksela, listopad 2020 roku. W salach posiedzeń ważą się losy wieloletniego budżetu Unii Europejskiej i funduszu odbudowy po pandemii - razem ponad 1,8 biliona euro. Polski premier zapowiada weto. Media rządowe przedstawiają to jako heroiczną obronę suwerenności. Trudno jednak nie zadać pytania: skoro sprawa jest tak ważna, dlaczego rząd obudził się dopiero na ostatniej prostej?

Weto na ostatnią chwilę

16 listopada 2020 roku Polska i Węgry zablokowały przyjęcie pakietu budżetowego Unii Europejskiej. Powodem był mechanizm, który uzależniał wypłatę unijnych pieniędzy od przestrzegania bliżej niezdefiniowanej „praworządności”. Janusz Korwin-Mikke nazywa ją przewrotnie „leworządnością”, zwracając uwagę, że o tym, co jest praworządne, w praktyce mieliby decydować unijni urzędnicy o określonych poglądach politycznych.

Problem w tym, że o planach powiązania budżetu z praworządnością wiadomo było od dawna. Po lipcowym szczycie Rady Europejskiej w 2020 roku rząd Polski zaakceptował konkluzje, które zapowiadały uwzględnienie praworządności przy realizacji budżetu. Premier Morawiecki zapewniał wtedy z zadowoleniem, że w porozumieniu nie ma bezpośredniego połączenia między praworządnością a środkami budżetowymi. Jak pokazały kolejne miesiące, bagatelizował wagę tego, na co się zgodził.

Spośród ugrupowań obecnych w Sejmie tylko Konfederacja już wtedy apelowała o stanowcze działania, zanim zapadną wiążące rozstrzygnięcia. Apele pozostały bez odpowiedzi.

Kto decyduje o sprawach Polski?

Grzegorz Braun podkreślał, że w istocie chodzi o przeniesienie do Brukseli ostatecznej instancji decyzyjnej w sprawach polskiej polityki wewnętrznej. Przypominał, że Polacy w referendum akcesyjnym głosowali za wejściem do wspólnoty państw narodowych - „Europy ojczyzn” - i byli zapewniani, że sprawy wewnętrzne, zwłaszcza dotyczące tradycji, prawa i ustroju, pozostaną w wyłącznej gestii władz w Warszawie. Jego zdaniem obywatele zostali w tej sprawie wprowadzeni w błąd.

Przypomnijmy: w referendum w czerwcu 2003 roku za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej opowiedziało się ponad 77 proc. głosujących. Kampania przed referendum koncentrowała się na korzyściach gospodarczych - otwartych granicach, wspólnym rynku i funduszach. O tym, że wspólnota z czasem będzie sięgać po coraz szersze kompetencje, mówiło się znacznie mniej.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości jak zwykle „rżnie głupa”. Zamiast wcześniej blokować niekorzystne rozwiązania, czekał do ostatniej chwili, a potem przedstawiał się jako obrońca suwerenności. Obecna sytuacja jest zresztą jednym z długofalowych skutków Traktatu Lizbońskiego. Traktat podpisali w grudniu 2007 roku prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk, a ratyfikował go prezydent Lech Kaczyński w październiku 2009 roku. Traktat znacząco poszerzył kompetencje instytucji unijnych i ograniczył liczbę spraw, w których pojedyncze państwo może zablokować decyzję.

Czyje to pieniądze?

Rządowa propaganda przedstawia unijne środki jak dar, który „dostajemy” z Brukseli. Warto jednak pamiętać, że Unia nie ma własnych pieniędzy - wszystko, czym dysponuje, pochodzi ze składek państw członkowskich i ceł, czyli ostatecznie od podatników. Polska co roku wpłaca do unijnego budżetu miliardy euro. Prawdą jest, że dotychczas więcej z niego otrzymywała, niż do niego wpłacała, ale część pieniędzy, o które toczy się spór, to po prostu wracające do nas nasze własne składki - tyle że obwarowane warunkami stawianymi przez Brukselę.

Z wolnorynkowego punktu widzenia sam mechanizm unijnych funduszy budzi wątpliwości. Pieniądze zebrane od podatników w całej Europie przechodzą przez ręce urzędników w Brukseli i w stolicach, a potem wracają w postaci dotacji na projekty, których wybór zależy od decyzji politycznych. Po drodze część pochłaniają koszty administracji, a przedsiębiorcy uczą się nie tyle konkurować na rynku, ile pisać wnioski. Dodatkowo fundusze stają się narzędziem nacisku politycznego - co pokazał właśnie spór o praworządność.

Jak to się skończyło

Z perspektywy czasu warto dopisać zakończenie. Weto nie przetrwało nawet miesiąca. Na szczycie w dniach 10-11 grudnia 2020 roku zawarto kompromis: mechanizm warunkowości został przyjęty, a Polska i Węgry otrzymały deklarację interpretacyjną oraz zapowiedź, że przed jego stosowaniem będą mogły zaskarżyć go do Trybunału Sprawiedliwości UE. Oba państwa to zrobiły, jednak w lutym 2022 roku Trybunał oddalił ich skargi. Mechanizm pozostał w mocy.

Po raz kolejny nieudolność władzy i rosnąca centralizacja brukselskiej biurokracji uderzyły w nasz kraj. Wolnorynkowy porządek prawny, w którym państwa konkurują ze sobą prostszym prawem i niższymi podatkami, zamiast ujednolicać wszystko z centrali, staje się coraz odleglejszym marzeniem. Kto chce pokazać, co myśli o takim kierunku, może sięgnąć po koszulkę EUSSR.

Podsumowując: listopadowe weto było głośnym gestem, który nie zmienił niczego istotnego, bo kluczowe decyzje zapadły wcześniej, przy aprobacie polskiego rządu. Wolnościowcy i narodowcy z Konfederacji przekonują, że przywrócić normalność może tylko siła polityczna spoza okrągłostołowego układu - i apelują, by pamiętać o tym przy kolejnych wyborach.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco i zgarnij -10% na pierwsze zakupy*

*Kod -10% ważny 30 dni, jednorazowy, na produkty nieprzecenione, przy zamówieniu od 100 zł.