Wolnorynkowy.pl

Wolnorynkowe „sprawdzam” dla energetyki

Starsi czytelnicy pamiętają jeszcze plansze z hasłami o wykonaniu planu pięcioletniego i kroniki filmowe, w których towarzysze dyrektorzy meldowali o nowych rekordach wydobycia. Wydawało się, że ta estetyka odeszła razem z PRL. W lutym 2021 roku wróciła jednak w nowym opakowaniu. Tym razem plan nie był pięcioletni, tylko dwudziestoletni.

Plan na dwie dekady

2 lutego 2021 roku Rada Ministrów przyjęła dokument „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”, w skrócie PEP2040. Władze wpisały się tym samym w charakterystyczny dla PRL zwyczaj kreślenia wieloletnich planów. W Polsce Ludowej były to zazwyczaj plany pięcioletnie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości postanowił przebić PZPR i przedstawił perspektywę na dwie dekady.

Cały dokument to kwintesencja centralistycznego podejścia do gospodarki. Jest pełen zapowiedzi, co rząd będzie zwiększał, a co zmniejszał, jaki udział w miksie energetycznym będzie miało każde źródło i ile będzie kosztować transformacja. Pomija natomiast to, co najważniejsze: potrzeby i decyzje milionów odbiorców energii, którzy płacą rachunki.

Wszystko to w cieniu polityki klimatycznej Unii Europejskiej. W grudniu 2020 roku przywódcy państw UE uzgodnili nowy cel: do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych mają spaść o co najmniej 55 proc. w porównaniu z poziomem z 1990 roku.

Zasadnicze pytanie: po co?

Przyjmijmy - zgodnie z dominującym stanowiskiem naukowców - że ocieplenie klimatu następuje głównie w efekcie działalności człowieka. Nawet wtedy warto policzyć, co realnie może zmienić jeden kraj. Polska odpowiada za ok. 1 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Dla porównania udział Chin to ok. 28-29 proc., Stanów Zjednoczonych ok. 14 proc., Indii ok. 7 proc., Rosji ok. 5 proc., Japonii ok. 3 proc., a Niemiec ok. 2 proc. Nawet gdyby nasz kraj całkowicie zrezygnował z emisji, w skali globalnej praktycznie nic by to nie zmieniło.

Oznacza to, że koszty transformacji ponoszą polskie rodziny i firmy, a efekt klimatyczny zależy głównie od decyzji podejmowanych w Pekinie, Waszyngtonie i New Delhi. Tymczasem drogi prąd oznacza droższą produkcję, droższe usługi i mniejszą konkurencyjność polskich przedsiębiorstw.

Do tego dochodzi unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO2. Każda tona dwutlenku węgla wyemitowana przez elektrownię oznacza konieczność zakupu uprawnienia, a jego cena trafia prosto do rachunków za prąd. W kraju, w którym większość energii wciąż pochodzi z węgla, to jeden z najważniejszych czynników podnoszących koszty energii - dla gospodarstw domowych i dla całego przemysłu.

Węgiel, atom i 260 miliardów

Zgodnie z założeniami PEP2040 udział węgla w produkcji energii elektrycznej w 2030 roku ma nie przekraczać 56 proc., podczas gdy w chwili przyjmowania dokumentu wynosił około 70 proc. Nie bardzo wiadomo, co w tak krótkim czasie zastąpi brakujące moce. Pierwszy blok elektrowni jądrowej ma ruszyć dopiero w 2033 roku, a biorąc pod uwagę skuteczność polskich rządów w realizacji wielkich inwestycji, ten termin warto traktować z dużym przymrużeniem oka.

Według szacunków Ministerstwa Klimatu i Środowiska na transformację energetyczno-klimatyczną do 2030 roku ma zostać przeznaczonych ok. 260 mld zł, pochodzących ze środków unijnych i krajowych. Jednocześnie według danych Ministerstwa Aktywów Państwowych strata netto spółek wydobywających węgiel kamienny po jedenastu miesiącach 2020 roku przekroczyła 3,8 mld zł.

Innymi słowy, podatnicy będą finansować przebudowę sektora, który przynosi gigantyczne straty, jest silnie uzwiązkowiony i od dekad zarządzany przez nominatów politycznych. Każda kolejna ekipa obiecuje restrukturyzację, a kończy się na dosypywaniu pieniędzy. A przecież to twoje pieniądze, drogi obywatelu!

Wolnorynkowe „sprawdzam”

Sprawiedliwe rozwiązanie jest jedno: wolnorynkowe „sprawdzam”. Zamiast centralnego planu - prywatyzacja kopalń i elektrowni oraz sprawdzenie, ile naprawdę warta jest ich produkcja. Jeśli węgiel jest konkurencyjny, prywatni właściciele będą go wydobywać bez dotacji. Jeśli nie jest, żadne plany nie uczynią go opłacalnym, a trzymanie nierentownych kopalń przy życiu to tylko przedłużanie agonii na koszt podatników.

Wolny rynek najlepiej wie też, jakie źródła energii wybierać. Gdy inwestorzy ponoszą własne ryzyko, wybierają technologie, które są naprawdę opłacalne - czy to atom, gaz, słońce, wiatr, czy węgiel. Gdy o wszystkim decydują politycy, pieniądze płyną tam, gdzie jest najwięcej głosów wyborców i najsilniejsze związki zawodowe. Libertarianizm ma tu jasną odpowiedź: ceny kształtowane przez popyt i podaż, a nie przez urzędników.

Wolnościowcy i narodowcy z Konfederacji wytykali absurdy rządowych założeń i podkreślali, że Polska musi przeprowadzić transformację energetyczną na własnych warunkach, w tempie, na które stać polskich obywateli. Kto chce przypominać, że rynek wie lepiej niż planista, może to zrobić choćby z pomocą koszulki WOLNORYNKOWY.

Podsumowując: PEP2040 to plan pisany w logice centralnego sterowania. Wolnorynkowe „sprawdzam” oznacza prywatyzację, uczciwe ceny i koniec dosypywania pieniędzy podatników do nierentownych państwowych spółek.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco i zgarnij -10% na pierwsze zakupy*

*Kod -10% ważny 30 dni, jednorazowy, na produkty nieprzecenione, przy zamówieniu od 100 zł.